• Facebook
  • E-mail

Może się przedstawię:

Jestem N.

dawniej Nuadell i Pani Kotełkova.


Trochę o mnie:

Na(talia)

Polonistka - z charakteru, zboczeń, prawdopodobnie też z krwi i kości.

Bibliofilka. Kolekcjonerka książek.

Mityczne stworzenie zwane 'graczem-kobietą'; łac. nazwa: kobietus graczus nielamus.

Marzycielka, bezustannie z głową w chmurach.

Gaduła, co tylko gada i gada. I gada, i jeszcze raz gada. Lubi gadać.

Trochę blogerka.



Pani Kotelkova

Trochę o NaRzecze:

NaRzecze to dawny blog funkcjonujący pod nazwą Wypstrykando. Jednakże tak jak przerwa w blogowaniu przysłużyła się mojemu zdrowiu, tak na zdrowiu podupadła dawna domena.

Żałuję? Ani trochę. Po pierwszej złości uważam, że przez tyle czasu JA się zmieniłam, WY się zmieniliście, to i Wypstrykando powinno się zmienić.

O czym piszę? O życiu, ludziach, relacjach, poli... nope!, o polityce nie, śmierdzący temat.

Czyli tak jak dawniej, ale... krócej. Bez elaboratów na setki stron.

AKTUALNOŚCI


poniedziałek, 14 stycznia 2019

#203 Kobiety-Gracze | Toksyczna społeczność


Jestem Graczem, i jestem też kobietą. Teoretycznie, powinnam czuć więź łączącą mnie z innymi kobietami, które grają w gry. Ale, niestety, nie jest tak, bo nie cierpię kobiet, które utożsamiają się jako kobiety-gracze.

Społeczności gier wszelakiego typu są różnorodne. Łączą ludzi o różnym wieku, różnego pochodzenia o różnych światopoglądach. Pozwalają nam znaleźć środowisko, w którym czujemy się dobrze, niezależnie kim jesteśmy. Dlatego właśnie, w środowiskach gier ukrywałam fakt, że jestem kobietą.

Hola, hola, feministka która wstydzi się, że jest kobietą?


Nie wstydzę się tego, że jestem kobietą. Dlaczego więc przemilczam ten istotny fakt? Ponieważ chcę być oceniania przez moje umiejętności, wiedzę i sposób gry, a nie przez to, że jestem kobietą. A przekonałam się, że nawet w środowiskach gier kobiety są traktowane jako gracze drugiej kategorii: te, które sobie nie poradzą. I nie można się dziwić, że są tak traktowane, bo większość kobiet, które jawnie pokazywały swoją płeć, jednocześnie miało kilka wspólnych mianowników, za które nie potrafiłam znieść ich towarzystwa. I to właśnie one wyrobiły nam taką a nie inną opinię. Nie dlatego, że jest ich więcej, a dlatego, że są bardziej zauważalne.

Atencjuszki
Nie cierpię tego określenia, ale oddaje doskonale kobiety, które grają bo oczekują uwagi i uwielbienia. A gdzie łatwiej dostać uwagę i uwielbienie jak nie w środowisku graczy? Bo większość graczy zna kobiety od strony, w której narzekają na to, że znów grają; mają pretensje o to, że kupili nowy tytuł; nie potrafią zrozumieć potrzeby grania i oczekują spędzania czasu na czymś pożytecznym.
Dlatego kobieta w grze zdobędzie sporo uwagi. Dlatego nie potrafię patrzeć na streamerki z głębokimi dekoltami, kolorowymi włosami i sweetaśnymi pokojami w stylu japońskim. Bo gdy patrzę na większość transmisji, widzę totalnie nieudolnych graczy, którzy swoją widownię zbierają nie po to by podzielić się doświadczeniami z gry, ale by poświecić biustem i zdobyć uwielbienie. Nim ktoś mi powie, że nie mam racji - streamerki na większym ekranie mają grę czy siebie?

Ofiary losu
Czyli atencjuszki, które nie mają wystarczającej odwagi by pokazać swoją twarz na kanale i znieść ewentualnego hejtu na ich sposób gry. Dlatego ich ofiarami padają mniejsze społeczności, w których odgrywają rolę księżniczki w opałach. Nie potrafią grać bez pomocy innych osób - nawet w najprostszych zadaniach potrzebują wsparcia.
Osobiście, w środowisku gier w ostatnim czasie poznałam dwie takie dziewczyny - dziewczyny, które od razu podkreśliły, że nie są najlepsze. Oczywiście, moi znajomi - szlachetni rycerze - szybko rzucili się im na ratunek; to pomogli zdobyć to, pokonać tamtego albo przejść się z nimi tam. Chłopaki stanęli na wysokości zadania i doradzali, odpowiadali, edukowali. I równie szybko ci rycerze wrócili, że tak to ujmę, do mojego towarzystwa, bo męczyli się bezustannym zawracaniem głowy. I to w kwestiach, które zostały już wyjaśnione.

Czy to znaczy, że wszystkie kobiety w środowisku graczy to atencjuszki wymagające bezustannej opieki? Absolutnie nie. Część spotkanych przeze mnie kobiet wywalczyło swoje miejsce w społeczności; wywalczyło, najpierw budując swoją markę, a następnie ujawniając fakt o płci. A w internecie łatwo jest ukryć swoją płeć - przynajmniej do czasu, gdy dalsze rozwijanie relacji wymaga założenia komunikatora głosowego.
Wówczas pada bardzo zdziwione: czekaj, to ty jesteś dziewczyną?!
I to jest najlepsze w życiu gracza-kobiety. To zdziwienie, że ten ziomek, który im pomagał, doradzał i wykazywał się umiejętnościami, jest tak naprawdę ziomeczką.

To moje subiektywne odczucie, jeśli chodzi o środowiska gier. 
Możliwe, że jestem odosobnionym przypadkiem i tylko mnie takie kwestie irytują.

sobota, 12 stycznia 2019

#202 Best Friends Forever | Co niszczy twój związek?


Kojarzysz Kasię? No ta, co to jej w pracy nie wyszło, bo szef świnia i szowinista? No kurczę, Kasia, ta co ma długie włosy i krzywe jedynki. Nadal nie kojarzysz? No tę grubą, co wiecznie szlaja się z twoją dziewczyną? O! No tę, właśnie tę. No tak, Kasia, najlepsza przyjaciółka twojej dziewczyny!*

Kasia wie o to tobie wszystko

Niepisaną prawdą na temat związków jest to, że jeśli wiążesz się z dziewczyną, pośrednio wiążesz się również z jej najlepszą przyjaciółką. Jest to „transakcja łączona”, o której powszechnie wiemy już od szkoły średniej, a jednocześnie o której się nie mówi. Czy w tej transakcji można być na minusie? No właśnie, czy można?

Nie ma co ukrywać - rzekę teraz oczywistą oczywistość i nie jest to prawda objawiona. Przyjaciółka twojej dziewczyny wiedziała o tobie wszystko jeszcze przed pierwszym spotkaniem. I mogę wysnuć twierdzenie, że też wiedziała o tobie przed pierwszą randką; ba, to ona wyraziła swoją opinię na temat pierwszej ranki. Bo wierz mi lub nie, jest spore prawdopodobieństwo, że twoja dziewczyna miała wątpliwości. 
A co robi kobieta gdy ma wątpliwości? Pisze do swojej najlepszej przyjaciółki o radę. 
Dlatego też przyjaciółka radziła jej co ubrać a czego nie ubrać, co zrobić z włosami lub czego nie robić; ale nader wszystko mówiła „idź” lub „nie idź”. Brzmi jak od Szekspira wzięte? Prawdopodobnie z czasem odegra się tu podobny dramat. Ale, o tym dalej. 

czy jesteś na bieżąco z problemami Kaśki? 


Prawda jest taka, że każdy z nas ma swoje problemy. W pracy, w szkole, w życiu codziennym i nie ukrywajmy, w związku. Dlatego nie masz ochoty słuchać o tym, że Kaśka pracę straciła (choć wiesz, że to częściowo jej wina). Nie interesują cię jej problemy z dentystą; nie chcesz wiedzieć ile zapłaciła za fryzjera, który zniszczył jej piękne włosy. Nader wszystko, nie chcesz słuchać o tym, że Kaśce w związku się nie układa. 
Tak więc te informacje wlatują jednym uchem, wylatują drugim, a ty w tym czasie albo zmieniasz kanał w telewizji, albo grasz dalej na konsoli. Twoja mówi, ty „słuchasz” i myślisz, że po problemie? Otóż: nie. Lepiej bądź na bieżąco z problemami związkowymi najlepszej przyjaciółki twojej drugiej połówki. Dlaczego? Bo za słowami „A ty wiesz, że ten Marek od Kaśki to ją zdradzał?” może kryć się źródło twoich późniejszych problemów. 
Bo Kaśka - ta sama roześmiana, lubiana przez ciebie Kaśka, co to pomogła ci znaleźć prezent na urodziny i udzieliła trafionej rady w czasie, gdy twa miłość była obrażona - może obrócić się przeciwko tobie. I nie dlatego, że coś jej zrobiłeś, ale dlatego, że jesteś tej samczej rasy, a jak wiadomo, wszyscy jesteście tacy sami
Wówczas zacznie się krucjata przeciwko tobie: „oni wszyscy są tacy sami, zobaczysz”; „twój też cię zdradzi”„ jeszcze przybiegniesz do mnie z płaczem”. Za tymi jadowitymi podszeptami może kryć się mocno zraniona dziewczyna, która nie może się z tym pogodzić i ból ją tak bardzo rozpiera, że zasłania jej zdrowy rozsądek. A może być tak, że za tymi słowami kryje się najzwyklejsza zazdrość, bo jej nie wyszło, a wam tak. Jednak te słowa mogą sporo zdziałać z głową dziewczyny; wystarczająco dużo, by zaczęła być nieszczęśliwa.
I tak jak wersja dietetyczna to wersja z podszeptami, tak istnieje jeszcze wersja ciężkostrawna, czyli próba skłócenia was w sposób jawny. Jaki jawny? Zacznie się psucie krwi, bo nagle Kasia widziała cię na mieście z jakąś długonogą blondyną. Pojawią się tajemnicze wiadomości z anonimowych numerów o tym, jak rzekomo ją zdradzasz. Znikąd nawarstwią się dowody, które przyczynią się do rozpadu twojego związku. Prawdziwe? Nie mnie oceniać.

niemożliwe, moja się tak nie da

Pewnie myślisz sobie: Nieee, moja nie jest głupia. Ufa mi, kochamy się, nigdy nie dałem jej powodu do obaw, do zazdrości. Ale! Przyjaciółce też ufa, zna ją dłużej od ciebie i mogła na nią liczyć jeszcze nim poznała ciebie. Są Best Friend Forever. Tak więc twoja dziewczyna stanie między wyborem: komu ufa bardziej.

czy Kaśka jest tą złą? 

W podsumowaniu chciałabym umieć odpowiedzieć na to, z pozoru proste, pytanie. Na pewno to, co uskutecznia bohaterka naszego tematu nie jest rzeczą ani moralną, ani dobrą. Nie będę jej bronić, co to, to nie. Niszczenie związku - czy to przyjaciółki, czy to przyjaciela - nie jest w porządku. 
Kaśka może być albo skrzywdzoną i nie potrafiącą poradzić sobie z problemem i uczuciami dziewczyną. Może też być po prostu zazdrosna i egoistycznie chce odzyskać przyjaciółkę tylko dla siebie, bo nie może znieść myśli, że musi się nią z tobą dzielić? Być może jest zepsuta do szpiku kości i po prostu chce unieszczęśliwić i ciebie, i twoją dziewczynę. 

czy to musi być Kaśka?

Oczywiście, że to nie musi być Kaśka, tak jak ty w tej historii nie musisz być chłopakiem. Możesz być dziewczyną, której związek niszczy najlepsza przyjaciółka chłopaka, albo najlepszy przyjaciel, ten od piwa, dziewczyn i grania do późna na konsoli. Możesz być chłopakiem, którego dziewczyna ma najlepszego przyjaciela, a ten najlepszy przyjaciel budzi w tobie ogromny niepokój, bo myślisz sobie, że jest właśnie taką Kasią. 
Kaśka tak naprawdę może być teściową, teściem, bratem, siostrą, kuzynką, nauczycielką a nawet sąsiadką. Ufamy nie tylko rówieśnikom - i nie tylko oni są naszymi przyjaciółmi, choć nie przywykliśmy określać rodzica czy rodzeństwa mianem przyjaciela. 
Jak sobie radzić z takim problemem? Tworzyć teorie spiskowe, oczerniać te osoby, dyskredytować w oczach ukochanej osoby? Zaatakować nim one zaatakują? Nie, bo wtedy właśnie staniesz się Kaśką. Najlepszym rozwiązaniem tego typu problemów jest rozmowa. Spokojna rozmowa, bez negatywnych emocji i bez unoszenia się dumą. 

Wiem, że nie łatwo jest się uzewnętrznić. Nie łatwo jest odsłonić swoje wnętrze i nazwać swoje obawy, ale czasami jest to najlepszy sposób w drodze ku lepszemu. Tak myślę, bo może masz inny pogląd? Może przeszedłeś przez piekło urządzone przez Kasię i uważasz, że piszę stek bzdur? Może jesteś Kasią i uważasz, że oczerniam ciebie i twoje działanie. Może tak jest, a może nie. Prawda jest taka, że ile jest ludzi, tyle jest historii i każda jest unikatowa. Twoja również. 

Oczywiście, Kasia wcale nie jest gruba, wcale nie ma krzywych jedynek, ale uchodzi za „tę brzydszą”*. To tylko obrazowość. 
Zbieżność imion jest przypadkowa. 

środa, 9 stycznia 2019

#201 Czy wybaczyć partnerowi pisanie i umawianie się z innymi?



To pytanie - pytanie zawarte w tytule - zadała mi jedna z czytelniczek. Nie wprost, ale zapytała o to wujaszka google, który odesłał ją do mnie. Nie zdążyłam wówczas odpisać - nie zdążyłam, bo zniknęłam z życia internetowego. Teraz zdecydowałam się naprawić ten błąd, ale nie zamierzam odpowiadać na to pytanie. Przynajmniej nie od razu. Ale, przejdźmy do rzeczy.

pisanie z innymi


W pierwszej kolejności, powinniśmy wykluczyć podstawową wątpliwość: co znaczy pisanie i umawianie się z innymi? Autorka pytania nie miała na myśli tego, że jej partner udziela się na grupach społecznościowych i znajduje rozmówców, z którymi ma wspólne zainteresowania. Nie miała również na myśli spotykania się ze znajomymi na piwo. 
Pytanie było proste i bardzo sprecyzowane - bo gdy je czytałam, nie miałam wątpliwości o co pyta ta dziewczyna.

Portale typu fotka, badoo czy sympatia nie zrzeszają ludzi o podobnych zainteresowaniach i tematach. Oczywiście, że znajdziesz tam fanów Wiedźmina, komedii romantycznych czy piłki nożnej; znajdziesz tam kogoś, kto podziela twoje zainteresowania. Ale oni nie są tam, by szukać przyjaciół. Portale randkowe - badoo, fotka czy sympatia - zrzeszają ludzi, którzy szukają partnera, miłości czy kochanka. Nie szukają bratniej duszy uzupełniającej związek. Szukają związku, bądź też odskoczni od związku. 
Dlatego mam złą wiadomość - jeśli twój partner lub partnerka rozpoczął swoją przygodę z tymi portalami, musisz poważnie zastanowić się nad przyszłością swojego związku. O tym, że powinieneś porozmawiać na ten temat z partnerem nie wspomnę; a raczej zostawię to na koniec. 

Teraz muszę zadać ci pytanie:  

dlaczego ludzie zakładają konta na portalach randkowych


Po pierwsze, atencja
Czyli kobiety (przede wszystkim kobiety) zakładają konta, by wrzucać swoje zdjęcia i zbierać setki pochlebnych komentarzy. Ten sam mechanizm działa na Facebooku, ale na badoo ma on typowo jeden cel: dowartościować się. Poczuć się znów (nawiązując do kobiet) kobiecą, pożądaną, atrakcyjną. 
Zatem jest możliwe, że twojej drugiej połówce nie chodzi o przelotny seks, a o zwykłe słowa uznania. W tym przypadku w związku kuleje to, że druga osoba nie czuje się doceniona i atrakcyjna.  I należy pamiętać, że niedoceniana może być nie tylko kobieta, ale mężczyzna również czuję potrzebę uznania.
Po drugie, przelotny seks
Nie ukrywajmy - są na tym świecie ludzie, którzy nie mają nic przeciwko by poznać kogoś na niezobowiązujący wieczór. Niektórzy dość luźnie podchodzą do kwestii związków, monogamii i wierności. I tacy ludzie nie nadają się do związków - jeśli zaś właśnie z taką osobą jesteś, to moja rada jest taka: nie bądź. 
Nie wymusisz na kimś wierności, jeśli druga osoba sama tej wierności nie chce dochować. Ciebie natomiast pożrą wszelakiego typu wątpliwości i obawy. Będziesz się bezustannie zastanawiać, czy aby na pewno jest w delegacji, u koleżanki czy siedzi w domu.   
Po trzecie, związek
Tak, są na świecie ludzie, którzy szukają na portalach randkowych drugiej połówki. Ba, te portale temu miał służyć, ale ludzie zdolni do zdrady i pożądliwi atencji przerobili ich ideę wedle własnego uznania. 
Niemniej, jeśli druga połówka jest na portalu randkowym, to najpewniej planuje wymienić cię na lepszy model. I nie ma co zaprzeczać temu faktowi - ktoś, kto czuje potrzeby flirtowania z innymi, czuje tę potrzebę z racji, że jest nieszczęśliwy. I nie mówię tutaj o koleżeńskim flircie w pracy, bo w pracy jak w pracy - są różne relacje, jest różny klimat. I głupie teksty nie są przejawem zdrady, a zwykłego, wypaczonego poczucia humoru. 
Dlaczego chce wymienić cię na lepszy model? 


Właściwe pytanie brzmi: 

Czy wybaczyć partnerowi pisanie i umawianie się na badoo? 

Czy wybaczyć partnerowi pisanie i umawianie się z innymi kobietami?

Jest to niezwykle istotne pytanie; pytanie, które zadała choć raz zdradzona kobieta. Opinie są podzielone: jedne mówią, że można żyć dalej i tworzyć udany związek; inne mówią, że absolutnie nie da się tworzyć udanego związku po zdradzie, że ona wcale nie umacnia łączącej was więzi. 
Dlatego tylko ty - moja droga duszyczko - jesteś w stanie odpowiedzieć sobie sama na to pytanie. Czy TY jesteś w stanie wybaczyć partnerowi pisanie i umawianie się z innymi? 
Pamiętaj, że to TY będziesz dalej żyć z tym człowiekiem pod jednym dachem. To TY będziesz zastanawiać się, czy na pewno wychodzi tam, gdzie mówi. To TY będziesz w głowie rozgrywać te scenariusze, które strawią cię od środka. To TY musisz zadecydować, czy jesteś w stanie żyć z tą świadomością i tym gryzącym cię robalem. Nie pytaj mnie czy dasz radę; bo ja nie wiem czy dasz. Wiem jedynie, czy ja dałabym radę. I wiesz co? Pisałam już o tym w artykule: Czy warto sprawdzać wierność swojego partnera?

niedziela, 30 grudnia 2018

#200 Dziękuję Ci.


Nie znasz mnie. 

A właściwie, ja nie znam Ciebie. Ale dziękuję Ci


Bloguję już kilka lat i przez te kilka lat postanowiłeś - jako mój Czytelnik - podążać za mną.
Dziękuję Ci za to, że przez ten cały czas próbowałeś ubrać moje buty. Moje buty, czyli mój temat, mój pogląd i moje argumenty. Nieważne jak byłyby niewygodne, robiłeś to. Mogłeś się nie zgadzać, mogłeś uważać że nie mam racji - ale miałeś odwagę to napisać; i nie napisać w sposób, który określamy hejtem. Po prostu, nie zgadzałeś się ze mną, więc to napisałeś.
Dziękuję Ci za wsparcie, jakie mogłam w Tobie znaleźć gdy tego potrzebowałam. Bo wiedziałeś co napisać i jak napisać, bym poczuła, że nie jestem osamotniona.
Dziękuję Ci za to, że mogłam napisać w mniej lub bardziej poważnych sprawach i zawsze mogłam liczyć na fachową poradę.
Dziękuję Ci za to, że zawsze napisałeś do mnie i porozmawiałeś o czymś, co znalazło ujście w artykułach. I dziękuję, że mogłam to opisać.
Dziękuję Ci, że nadal tutaj ze mną jesteś.
Dziękuję Ci, że zacząłeś ze mną tutaj być.

Mam nadzieję, że znalazłeś w moich artykułach to oparcie, słowa otuchy i to, czego u mnie szukałeś. Bo cokolwiek napisałam przez ten cały czas, pisałam dla Ciebie. Potrzebowałam wyrzucić z siebie myśli, ale robiłam to dla Ciebie.
Przez te wszystkie lata miałam swoje wzloty i upadki; mniej lub bardziej twarde lądowania. Zmieniałam się, czego dawałam świadectwo w moich tekstach. Zmieniał się mój warsztat, moja tematyka. Ja się zmieniałam. I to dzięki Tobie, bo musiałam przemyśleć pewne sprawy jeszcze raz i spojrzeć na nie Twoimi oczami. Zmieniałam się również dla Ciebie.


I dziękuję Ci za to, mój Czytelniku. Życzę i Tobie, i sobie, kolejnych dwustu artykułów. Życzę i Tobie, i sobie, że spotkamy się za kilka lat ponownie.

czwartek, 13 grudnia 2018

#199 Stereotypy | Czy jesteś rasistą?

Bawi mnie, gdy ludzie oburzają się na temat stereotypów i z obrzydzeniem mówią: „Stereotypy mnie nie dotyczą! Jestem tolerancyjny”. Jakby były czymś złym, czymś brudnym. Jakby za pomocą stereotypów człowiek stawał się rasistą. Prawda jest taka, że nie możemy funkcjonować bez stereotypów. 

Niestety, ludzie zrobią wszystko, by uniknąć zarzutu „jesteś rasistą”. Nie ma w tym nic złego. Zło tkwi w rasizmie, ale to nie o nim chciałam mówić. Tym razem obiektem moich przemyśleń stał się stereotyp, a raczej to, co czyni z ludźmi. Błędnie myli nam się postrzeganie świata stereotypowo od bycia rasistą. Ale, od początku.
Cóż to znaczy: stereotyp? Potocznie kojarzy nam się z obrazem zamkniętym gdzieś w podświadomości, przekazanym przez kolegów, koleżanki, rodziców. Przeważnie dotyczy to innych ludzi... W końcu, każdy Muzułmanin to morderca i gwałciciel, każdy Niemiec gestapowiec, każdy Polak to pijak i złodziej. A jaka jest prawda? Pierwotnie znaczenie słówka stereotyp było troszeczkę inne od znanego nam dzisiaj:
«kopia pierwotnej formy drukarskiej do druku wypukłego»
Jak pewnie wiemy z lekcji historii, w dawnych dziejach maszyny drukarskie wyglądały zupełnie inaczej. W wielkiej tablicy układało się kostki z wypukłymi literami, naciskało się na gąbkę z tuszem (całą stronę), po czym odbijało się na pustej stronicy. Taka stara metoda kopiuj i wklej, zastosowana już w przeszłości.
Dlatego nie może dziwić, że znaczenie stereotypu poniekąd jest takie same:
«funkcjonujący w świadomości społecznej uproszczony i zabarwiony wartościująco obraz rzeczywistości»
Bo choć jest to obraz rzeczywistości funkcjonujący w świadomości społecznej, to jednak jest on przekazywany jak kalka - przez kopiuj i wklej.  Ale nie mówmy już o znaczeniu słowa, a skupmy się na jego funkcji.  Można ich wymieniać wiele, ale ja wytypowałam trzy. 

funkcja pierwsza

porządkowanie rzeczywistości

Lubimy wszystko mieć poukładane, na swoim miejscu i nie lubimy, gdy zmienia miejsce. Załóżmy taką sytuację, że spotykają się dwie koleżanki i wymieniają najnowsze informacje o ludziach z blokowiska. Nawet jeśli kogoś nie znamy, lubimy o nim coś wiedzieć. „Coś”. Niedużo, „coś”. Dlatego gdy podczas rozmowy pada pytanie: „jaki on jest”, często posługujemy się stwierdzeniem typowy. Typowy Seba. Typowy Polak. Typowy Niemiec. Typowy Szkot. Typowy Rusek. Typowy Warszawiak czy typowy Ślązak. 
Ktoś jest typowy i używamy tego określenia. Nie wiemy jaki on jest, ale już wówczas pojawia się stereotyp. Bo nie każdy z nas zna Szkota, ale każdy wie, że lubi whiskey, że Włosi lubią pizzę i są kobieciarzami, że Grecy mają na wszystko czas. Wiemy, że z rusami nie pić i że Rosja to stan umysłu. Wiemy to, choć nigdy nie spotkaliśmy Greka, Włocha czy Rusa. Ani Francuza, choć Francuzi to tchórze. Wiemy. Mówimy to z uśmiechem, bez złości. Dzielimy się spostrzeżeniami, stosując minimalizm. Maksimum obrazu przy minimum słów. 
Obraz jest trochę skarykaturowany, ale jest. Z grubsza. 

funkcja druga

poczucie humoru

Teraz szczerze, kto z nas nie lubi żartów o Polaku, Rusku i Niemcu? Polaczek to cwaniak, Niemiec praktycznie podchodzi do życia, a Rusek... Rusek to Rusek. Zauważ, że w samych żartach o Polakach lubimy „szczycić” się przebiegłością i umiejętnością picia, a jednocześnie oburzamy się na ten stereotyp. No nie jest tak? Nie mówimy o pijanym w sztok rodaku, co oszukał diabla w grach? Co wykiwał francuza czy załatwił Niemca na cacy? A jednocześnie gdy ktoś zza granicy wspomni o tym stereotypie, jest wielkie oburzenie - bo rasista.
Nie rasista - powtarza jak kalka to, co usłyszał od kogoś innego; a to co usłyszał, w jakiś sposób uporządkowało jego rzeczywistość. Może nie tak jakbyśmy chcieli, ale jednak. No bo - jakby nie patrzeć - sami łypiemy na rodaka krzywym okiem. W dzisiejszych czasach wszystko wszystkich obraża i niestety, nie potrafimy śmiać się sami z siebie. 

funkcja trzecia

ostrzegawcza

Chciałabym powiedzieć, że stereotypy kłamią. Chciałabym móc powiedzieć z ręką na sercu, że w tych wszystkich wytykach i żartach nie tkwi ani ziarnko prawdy. Niestety, skądś się to wzięło. Bo jak to tak, jeden człowiek to wymyślił, a wszyscy mu uwierzyli i powtarzają to jak prawdę objawioną, choć nie mają ani krzty potwierdzenia w rzeczywistości? 
Kogoś musiała spotkać przykra sytuacja, musiał ją przekazać dalej. Ten, kto tę wiadomość otrzymał, albo sam miał z tym kontakt albo przekazał komuś, kto miał podobne doświadczenia. W ten sposób stworzyła się drabina, że ktoś tam zna kogoś, kto właśnie miał taką samą sytuację. 
Przykładów mogę mnożyć na pęczki, ale zacznę od najniższych: żebracy. Damy pieniądze żebrzącym ludziom czy też powtarzamy, że to pijacy żerujący na litości innych? Raz postanowiłam zrobić krok na przód i zrobiłam osobie potrzebującej zakupy. A potem tę samą osobę zauważyłam w grupie kilku innych osób, wymieniających się fantami i śmiejących się z naiwności ludzi. Dalej: cyganie. Nie ładnie oceniać po pozorach, ale sama byłam świadkiem jak cygańskie dziecko wyrwało kobiecie telefon z ręki i uciekło z autobusu z taką prędkością, że nie było szans go dogonić. 
Stereotypowo? Bardzo. Kobieto kochana! Idąc przez miasto i widzą budowlańców w oddali wiesz,  po prostu wiesz, że będą się na ciebie gapić, albo wręcz zagwiżdżą jak na psa.

Stereotypy pozwalają nam uporządkować świat przy minimum przekazu i maksimum treści. Jednocześnie te same obrazy uświadamiają nam nasze wady, z których potrafimy się albo śmiać, albo jesteśmy śmiertelnie obrażeni. I na sam koniec te same stereotypy mówią jakąś część prawdy o naszej naturze. 
Bo może niczego nie ukradłeś i nie upijasz się na umór, ale powiedz mi: nie znasz przypadkiem tego wąsatego Janusza z biznesu, który doi oszczędności na pracownikach płacąc minimalną krajową? Albo nie znasz tego, który powtarza znalezione - niekradzione? Nawet jeśli stereotypy nie mówią personalnie o tobie, to na pewno słysząc je, kogoś na myśl ci przywołują. I taka jest właśnie siła stereotypów. Są złe? Nie. Są złe, gdy za nimi schowana jest mowa nienawiści. Gdy to stereotypy nie pozwalają poznać nam osoby i pozostajemy tylko przy jej obrazie.

A jakby na potwierdzenie słów, przytoczę pewną historię opowiedzianą przez bliską mi osobę. Miałam kiedyś kumpla, który miał Yorka. York jak każdy pies, na spacery chodzić musi. Tak więc (nazwijmy naszego bohatera) Tomek chcąc nie chcąc, musiał iść ze swoim Fafikiem na spacer. Było już późno, ale w sumie park niedaleko był ładny i dobrze oświetlony, wybrał się właśnie tam na spacer.
I idąc jedną z alejek parku Tomek w oddali dostrzegł trzech dresów dokładnie w tym samym momencie, w jakim oni zauważyli jego. Tomek wiedział, że nie może okazać strachu drapieżnikom, i tak samo nie może rzucić się do ucieczki.
Więc szedł dalej ze swoim psem zaczepno-obronnym i kątem oka obserwował Panów. A jeden z nich nagle wstał i ruszył w jego stronę. Tomek, widząc dresa wyższego o głowę, do tego napakowanego, zastanawiał się czy woli stracić zęby, czy jednak nowy telefon będzie tańszym rozwiązaniem.
Dres idzie, Tomek odmawia zdrowaśkę. Dres podchodzi i rzecze "Ty, to twój pies?". Tomek stara się nie trząść jak galareta i odpowiada w miarę pewnie "mój", na co dres rzecze "mam takiego samego, ale jakby mniejszego". 
W ten oto sposób Tomek rozmawiał sobie z dresem o psich fryzjerach i odmianach yorków.


wtorek, 4 grudnia 2018

#198 Księżniczka po terminie | Co niszczy twój związek?

Jestem samolubna, niecierpliwa i trochę niepewna siebie.
Popełniam błędy, tracę kontrolę i jestem czasami ciężka do zniesienia.
Ale jeśli nie potrafisz znieść mnie kiedy jestem najgorsza, to cholernie pewne, że nie zasługujesz na mnie, kiedy jestem najlepsza.
Marylin Monroe

W poprzedniej części Z księżniczki w zołzę pisałam o nim, jako osobie, która nie dojrzała do dorosłego życia. Mówiłam, że jest wiecznie zmęczony, ma milion wymówek, a druga połówka to bardziej mamusia jak partnerka. Ale, ale, czy to znaczy, że tylko on może być przyczyną rozpadu związku? Czy tylko on niszczy związek swoją niedojrzałością? Otóż: nie tylko on. Powiedz mi, księżniczko, co tobie można zarzucić?


Pewnie ktoś uśmiechnął się pod nosem po przeczytaniu użytego przeze mnie wyrażenia księżniczka. Raz, bo użyłam tego samego określenia w poprzedniej części. Dwa, bo każdy z nas zna taką księżniczkę, która wygląda jak milion dolarów, chodzi do kosmetyczki, fryzjerki i często odwiedza galerie handlowe. A jak taka księżniczka zrobi selfie w lustrze, to nie dość że one jest upieprzone fluidem i innymi cudami, to jeszcze w tle prezentuje cały syf, jaki zdążyła naprodukować. 
Księżniczki, które brzydzą się sprzątania. Jeszcze po sobie posprzątają, bo tyle potrafią ogarnąć, ale są i takie, co brzydzą się pomyć łazienkę, o wyniesieniu śmieci nie ma mowy. Bo bez szpilek i modnej panterki nie wyjdą z domu. 
Takim księżniczkom, mimo największych chęci, nie wychodzi gotowanie, bo nigdy gotować nie musiały. Bo albo mama to robiła, będąc całodobowo służącą i sprzątaczką, albo są na tyle bogate, że miały od tego prawdziwą służącą. (Nie wiem ile jest kobiet w naszym świecie, które mogą sobie pozwolić na pławienie się w luksusach, a na ile to po prostu obraz z telewizji i filmów). Wiem natomiast, że spora część kobiet, zwłaszcza tych młodych, nie potrafi dojrzeć do dorosłego życia. 

Księżniczko naszych czasów, jakież to masz wymagania względem chłopaka? Dziesięć tysięcy na rękę, własny samochód i mieszkanie, a jak ma mniej niż 180cm wzrostu to nawet ma nie podchodzić. Chcesz wakacje na egzotycznej wyspie, najdroższe ubrania i kosmetyki.
Nie pójdziesz do pracy, bo w tej płacą za mało a ta uwłacza twojej godności. W końcu twój czas jest taki cenny. Nie potrafisz się dostosować do norm życia w pracy - bo to ty jesteś najważniejsza, tylko ty masz rację i tylko inni popełniają błędy. Nie ty, nigdy nie ty.
Mężczyzn to śmieszy. Widzę to stosunkowo często, bo sporo męskiego grona wyśmiewa te twoje wymagania tym bardziej, że księżniczką to ty jesteś, ale tylko z nazwy. Byłaś, owszem, ale straciłaś swoją gwarancję gdy skończyłaś cztery lata i twój tata nie był w stanie już cię wziąć na barana. Kolejny próg gwarancji przekroczyłaś, gdy zaczęłaś się buntować. Twoja gwarancja natomiast skończyła się, gdy postanowiłaś być dorosła. I księżniczką nadal jesteś, ale tylko dla swojego ojca.
Nawet jeśli masz piękne i wysportowane ciało, wiesz co to moda, kosmetyki i wiesz jak tym się posługiwać, to nie jesteś inwestycją, w którą zainwestuje normalny facet. Bo normalny facet zainwestuje swój czas, uczucia i pieniądze w związek, z którego coś będzie miał poza ładną twarzyczką. Normalny, dojrzały mężczyzna szuka partnerki, a nie księżniczki. Takiej, co wesprze w codziennym życiu. Coś zrobi, coś ugotuje. Uwłacza cię to, bo nie jesteś kopciuszkiem, tylko księżniczką? Bo to on jest od tego, byś czuła się kobieca; on jest od tego, by cię utrzymywać. 

Dobrze, załóżmy, że znajdziesz takiego, co zgodzi się na twoje zachcianki; takiego, który cię utrzyma, który o ciebie zadba. Nie będziesz musiała pracować ani sprzątać, bo wystarczy mu to, że jesteś piękna. Jednakże to inwestycja, która szybko się przestaje zwracać. Dlaczego? Bo starzejesz się. Z czasem pojawią się zmarszczki, metabolizm spowolni, zaczniesz tyć. Co powstrzyma tego oto mężczyznę od kopnięcia cię w tyłek gdy skończysz 30/40 lat? Co go powstrzyma przed wymienieniem na młodszy model z mniejszym przebiegiem
Nic go nie powstrzyma, bo o ile w relacji, gdy mąż pracował i utrzymywał żonę, a ona w zamian sprzątała, gotowała i zajmowała się dziećmi, wkład w związek jest ten sam. Może niewspółmierny, ale kobieta, w oczach sądu, nie jest pasożytem. A ty? Jesteś. W oczach sądu, w oczach widzów twojego życia.

A właśnie, cytat. Dlaczego TEN cytat na początku? Ponieważ widuję go bardzo często; atakuje mnie wręcz z każdej strony i pod każdym zdjęciem. Kobiety uwielbiają go udostępniać jako słowa kobiety, która osiągnęła wiele dzięki swojej sile i urodzie. Ale kim była Marilyn Monroe? Zdobyła tytuł atrakcyjnej kobiety roku, a jednocześnie była narkomanką, która spóźniała się na plany aktorskie i histeryzowała. Uważała, że zasługuje na więcej, ale nie dawała z siebie więcej poza urodą. Dla mnie nie była i nie jest kobietą, na którą należy patrzeć. A udostępnianie tych słów... Cóż, powiedz mi - księżniczko - kiedy zaczniesz być najlepsza, bo mogę to przeoczyć.
Wracając do tematu: to nie jest wina chłopaka, że woli zawinąć do innego portu zamiast zaharowywać się dla ciebie, gdzie jeszcze Hollywoodzkie filmy natłukły mu do głowy, że go zdradzisz. Dlaczego? Bo go wiecznie nie będzie. Dlaczego go nie będzie? Bo będzie pracować na to, byś ty nie musiała. 
Tak więc nie jest winny mężczyzna, że zostałaś na lodzie z olbrzymimi potrzebami i żadnymi szansami na przeżycie. Mogłaś się kształcić, mogłaś pójść do lekkiej pracy z nudów, mogłaś robić cokolwiek. Ale odpowiadało ci życie księżniczki. Szkoda tylko, że jesteś przereklamowana. I po terminie.

piątek, 30 listopada 2018

#197 Matka matce madką.

Kiedy szłam na urlop, zaczęło pojawiać się pojęcie madki. Wiedziałam, że to w późniejszym czasie będzie temat na miarę artykułu i nie myliłam się. Bo kimże są madki? Jeśli myślisz, że to kobiety z dziećmi, którym wszystko się należy; które żyją z programu 500+ i przejawiają patologiczne zachowania wychowawcze i społeczne - to masz rację. Ale madki to ktoś więcej, o czym istotnie zapominamy. 

Każda matka myśli, że jej dziecko jest najładniejsze, najmądrzejsze, a ona i jej metody wychowawcze są tymi najlepszymi. Co się stanie, gdy spotkają się dwie matki na jednym forum o macierzyństwie i dzieciach? Możliwości są dwie: pierwsza, wymienią się doświadczeniami i rozstaną się w pokoju, bogatsze w doświadczenie tej drugiej. Jest to jak najbardziej pożądana wersja, ale czy prawdopodobna? Druga niestety jest bardziej prawdopodobna i to właśnie o niej chcę rozmawiać.
Czasami z czystej ciekawości przeglądam fora wsparcia dla matek - gdzie matrony wymieniają się spostrzeżeniami, informują o istotnych sprawach, albo toczą regularną wojnę, wyzywając się nawzajem z takim słownictwem, jakby nadal tkwiły w gimnazjum. I najczęściej widuję to ostatnie, w których zwykła wymiana zdań nie wywołuje kłótni, tylko wywołuje rzeź.

matka matce madką.

Matki są różne i nieważne jakie by nie były, są matkami. I to nie o nich chcę rozmawiać: chcę rozmawiać o tych, które wiedzą najlepiej. O tych, które zawsze mają rację; o tych, które uważają, że im się wszystko należy. Chcę rozmawiać o madkach, które są niczym zaraza i próbują rozszerzać swoje wpływy nie tylko w swoim gronie, ale sięgają do większego: do grona internetowego. Większość z nas cicho się z nich śmieje; śmieje się z tego co uważają i tego co piszą. Przesyłamy sobie ich rozmowy, ale zapominamy o istotnym fakcie.
Grupy wsparcia na facebooku łączą ludzi, którzy właśnie wsparcia potrzebują. I fora dla matek w domyśle miały łączyć matki - by bardziej doświadczone mogły doradzać, opowiadać swoje historie, być matkami matek. Zamiast tego toczy się tam regularna wojna. O co? Tylko one mogą wiedzieć. Wylewają swoją frustrację jak wiadro pomyj; ośmieszają inne by móc poczuć, że są lepsze. Że są najlepsze. Że tylko ich poglądy są poglądami słusznymi.

Ponownie proszę, niech mnie źle nie zrozumieją ci, którzy mają swoje poglądy; bo posiadanie własnych poglądów to naprawdę wartościowa rzecz. Ale! Często spotykam się z sytuacją, w której matka matce madką. Spotykam się z tym częściej, niżbym sobie tego życzyła. I to są spory na płaszczyznach, które z jednej strony są komiczne, a z drugiej tragiczne. Przykłady?

urodziny kontra wydobyciny 
Czyli kobiety rodzące metodami naturalnymi są bardziej matkami od tych, które poddano cesarskiemu cięciu. Dzieci urodzone drogą naturalną świętują urodziny, a te przez cesarskie cięcie świętują wydobyciny. Nie mają prawa świętować urodzin, bo nie urodziły się, tylko zostały wydobyte z łona matki! Czujecie to popieprzenie? 
Nieważne, że było ryzyko dla dziecka; nieważne, że kobieta miała zbyt wąską miednicę; nieważne, że sytuacja była kryzysowa i i musieli jak najszybciej oddzielić matkę od dziecka. Nieważne, że kobieta miała taki kaprys, bo nie chciała ryzykować problemów zdrowotnych związanych z naturalnym porodem. Nieważne. Dziecko cesarskiego cięcia to gorsze dziecko, a matka która rodziła normalnie, jest prawdziwą matką.

cycki kontra butelka
Czyli odwieczny problem: czym lepiej karmić dziecko? I spotkałam się z opiniami, że tylko dziecko karmione piersią jest tym, które właściwie się rozwija. Kobieta, która kupuje mleko w proszku jest kobietą wyrodną; nie ma prawa nazywać się matką. Co z tego, że nie ma własnego pokarmu? Albo ma go mało? Albo dziecko nie ma tyle siły, by ssać? 
Czyli co, dla takich kobiet śmierć głodowa dziecka jest lepsza niż stanie się wyrodną madką? 

Przedszkole? Nie kochasz swojego dziecka?
Czyli to głupie pieprzenie, że matka, która oddaje dziecko do żłobka czy do pierwszej grupy w przedszkolu by pójść do pracy to wyrodna matka. Bo to wylęgarnia zarazków, bo dziecko będzie chorować; bo oddaje dziecko w kluczowym momencie życia pod wychowanie obcych ludzi! 
I bądźmy szczerzy, która matka chciałaby mieć wybór? A ile tych matek nie ma wyboru i by móc opłacić mieszkanie, kupić lepszy produkt dla dziecka i mieć na czarną godzinę, na przykład na leki, musi iść do pracy? Kobiety takie myślą przyszłościowo: ich dziecko potrzebuje nie tylko matki, ale i pieniędzy. Dlatego podejmują trudną decyzję. A czy złą? To jest indywidualna sprawa kobiety.
A głosy, że przecież są zasiłki rozbrzmiewają jak dzwony. Po to jest 500+ i inne świadczenia! Jednakże matka wie, że nie pracując daje przykład dziecku - daje przykład, że może nic nie robić, a i tak dostanie cukierka.

moje dziecko a twoje dziecko
Czyli matka wychowuje swoje dziecko. Są zasady, których przestrzega. Są nagrody, a i być może jest system kar. Są tłumaczenia, dlaczego nie wolno tego i tego. Dziecko nie jest głupie, rozumie to i się uczy. Ale dziecko madki może wszystko. Może krzywdzić, może niszczyć, może robić co chce, bo to TYLKO dziecko. I jeszcze gdy takiej zwróci się uwagę, to krzyczy, a jakże, ale nie na tę osobę co powinna. I gdy dziecko madki zrobi krzywdę dziecku matki, to o co cały raban? To tylko dzieci, bawiły się. Ale tłumaczenia, że nie wolno grabkami bić kolegi jak nie było, tak nie ma.

karmienie piersią
Są matki, które dyskretnie potrafią wyciągnąć pierś, karmić dziecko tak, by nie było nic widać. Potrafią odwrócić się i zapewnić sobie odrobinę dyskrecji (nie wspomnę tu o wścibskich spojrzeniach mężczyzn, którzy aż zmieniają miejsce siedzące by lepiej widzieć). Mogą pójść do specjalnie przygotowanych dla nich pomieszczeń (nie mówię o łazienkach), mogą owinąć się chustą, usiąść w zaciszu. Jest mnóstwo propozycji.
ALE! Dla madek karmienie piersią jest zupełnie naturalne, więc nie maja oporów  by wywalić piersi na wierzch, tak po prostu i przy wszystkich. Nic sobie nie robią ze zgorszonych spojrzeń, z upomnień i próśb kelnerów, że ich restauracja jest przygotowana do takich sytuacji. Powiem jeszcze raz: nie twierdzę, że karmienie piersią to coś wstydliwego i kobieta powinna się z tym chować po kątach. Mówię, że można inaczej, z godnością.

przewijanie dziecka
W ostatnim czasie coraz częściej słyszy się o kobietach, które bez zawahania potrafią położyć dziecko na stole w restauracji i zacząć go przewijać. Oczywiście, pampersy i kupki to coś naturalnego, ale przewijanie w miejscu, w którym ludzie jedzą; przewijanie na stole, na którym ludzie będą jeść jest co najmniej... bezczelne? Obrzydliwe? Raczej nikt z nas nie zabiera talerza z zupą do kibla, by jednocześnie się opróżniać i uzupełniać. 
Słyszałam też o matkach, które wchodzą do przebieralni z dzieckiem i je tam przewijają. No cóż, nie mnie oceniać sytuacji - może nie było przewijaka, może był zbyt długo zajęty; albo nie potrafiła go znaleźć. Mniejsza o to - zdarza się. Ale zostawianie zużytej pieluchy w przebieralni? Albo jak już wspominałam, na stole w restauracji? Matka tak nie zrobi. Matka nie pozwoli, by w świecie różnych zwyroli ich dziecko świeciło dupą w miejscu publicznym. I nie pozwoli sobie na dawanie złego przykładu.

prywatność kontra nie kochasz go
Czyli matka, która nie ma setek zdjęć na swoim profilu na facebooku pewnie nie kocha swojego dziecka. Nie ma zdjęcia kupki, nie pokazuje gołych zdjęć swojego skarba. Prywatność dziecka? A co to jest, prawda? Po stokroć wolę matkę, która wrzuci normalne zdjęcie swego dziecka od czasu do czasu od madki, która napastuje mnie swoim dzieckiem w każdym możliwym momencie życia. 
A potem taka madka dziwi się, że gdy dziecko podrasta, nie ma szacunku do niej; skoro ona nie szanowała jego, gdy nie mogło się przeciwstawić. I tak, naprawdę spotkałam się z zarzutem, że matka która nie ma setek zdjęć swojego dziecka na facebooku nie ma prawa się wypowiadać, bo nie jest ani dobrą, ani kochającą matką. Ludzie! Nie dajmy się zwariować.

jak ty go wychowujesz?!
Spotkałam się z sytuacją, w której matka w towarzystwie drugiej matki powiedziała do swojego dziecka: jeśli jesteś głodny, to zrób sobie kanapkę. Co zrobiło dziecko? Otworzyło lodówkę, to na co miało ochotę; posmarowało wcześniej pokrojony chleb i zrobiło sobie kanapkę. Bez krzyku, bez płaczu, bez awantury.
Awantura była, ale ze strony drugiej matki. Bo jak ona śmie kazać dziecku samemu sobie zrobić kanapkę? Znęca się nad nim, wymagając umiejętności ponad jego siły. Bo jej dziecko nie musi nic samo robić. Absolutnie nic. Bo ona jest matką! To jej zadanie. 

tańsze kontra droższe
Jestem z tego pokolenia, które wychowało się w ubraniach po starszych kuzynkach; w wózku pożyczonym od sąsiadki i posiadające sprzęty po starszym rodzeństwie. Czy mam o to żal do rodziców? Absolutnie. Nauczyli mnie, że zepsute naprawić; że stare wykorzystać; że jeśli jest dobre, to po co nowe? 
W dzisiejszych czasach coś się nie podoba, coś się zepsuło - nowe. Kobiety, które korzystają z rzeczy po kimś są gorszymi matkami, bo nie chcą dla swojego dziecka jak najlepiej! Bo jak śmią kupić buty na przecenie za kilkadziesiąt złotych zamiast adidaski za kilkaset? 
Madki tworzą pokolenie materialistów; materialistów, którym dają doskonały przykład. O czym mówię? Już przechodzę do kolejnej części artykułu.

_____________________________________________________________________

Skąd wziął się ten problem? 

Być może nie zdobędę uznania wysuwając tutaj tezę, że problem z madkami był obecny od zawsze.  Tak jak pisałam - problem był, ale mniejszy, bo internet nie dawał do tego takiego wglądu. Toksyczne relacje pozostawały w zamkniętych gronach. Nastawienie, że mie się wszystko należy nie zrodziło się nagle i z niczego, ale nie było tak powszechne jak teraz. Zachowania społeczne dej nie były tak mocno zarysowane jak dzisiaj; tak i społeczeństwo nie było aż tak negatywnie nastawione do kobiet z gatunku dej.
Typuję dwa przełomowe momentu rozwoju się tej choroby. Pierwszy przełom to moment, w którym powstała strona internetowa z lokalną wymianą rzeczy pojawiały się negocjacje. Jako, że nie były to aukcje alledrogo, a była właśnie wymiana sąsiedzka, pojawiały się propozycje opuszczenia cen. I nie patrzono na nie - matki - jak na pasożytów - bo gdy pisała, że ma trudną sytuację finansową i czy można coś negocjować, ludzie negocjowali. Po prostu, jak można było negocjować, to się negocjowało - jak nie, to szło się dalej. I cała filozofia. Do czasu (i z wyjątkami).

a potem pojawiło się 500+

Nigdy nie byłam zwolenniczką socjału, który dawał ludziom pieniądze, bo mieli dzieci. Ale nie dlatego, że nie zasługiwali. Już tłumaczę: dlaczego pieniędzy nie dostają ci, którzy pracują i uczciwie zarobiliby na swoje dodatkowe pieniądze? Dlaczego te pieniądze są odbierane za przekroczenie progu o kilka złoty? Dlaczego 500+ dostają rodziny, które nie pracują i utrzymują się z socjału, a dzięki temu żyją lepiej niż rodzina, w której oboje rodziców pracuje? Dlaczego te niemałe pieniądze dostają ci, którzy tylko biorą, a nie ci, którzy też coś od siebie dają? Oczywiście, takie poglądy sprawiają, że zwolennicy tej dotacji mnie nie lubią. Bo śmiem twierdzić, że im się te pieniądze nie należą. 
Lwia część społeczeństwa uważa, że właśnie ten socjał przyczynia się do rozwoju patologii: bo ta się mnoży, bo jej za to płacą. I to w takim olbrzymim uproszczeniu - bo nie każdy pobierający 500+ to patol, nie każdy to pasożyt; tak jak nie każda matka to madka. Ale społeczeństwo i tak w dużej mierze jest przeciwne temu, jak to wygląda. Temat 500+ budzi kontrowersje od dawna i budzić będzie. Ale dlaczego od niego niejako zaczynam jako źródła problemu? 
Bo rząd promując swój program, mówił ludziom, że im się należy. Mówił to ludziom, którzy żyją w socjalnych mieszkaniach i pobierają socjał zamiast iść do pracy. Mówił to ludziom, którzy nie zamierzają pracować za najniższą krajową, bo ten kraj da im większe pieniądze. Mówił to ludziom, którzy wiedzieli jak błędy systemu wykorzystać i te błędy wykorzystali. 
I nagle ludzie dostali informację z góry, że mogą brać więcej, bo im się należy.  

 mie się należy, bo mam chorom córkę

Czyli coś, z czego ciśnie bekę pół internetu. Przepraszam za kolokwializmy i momentami mowę potoczną, ale ona doskonale odzwierciedla to, co dzieje się w społecznościach internetowych. A dzieje się to, że ludzie mają postawę roszczeniową. Bo ci, którzy mają więcej, powinni im oddawać, bo mają mniej. Nieważne, że ci ludzie zapracowali na to ciężko; że odkładali pieniądze. Ważne jest to, że skoro mają więcej, to muszą oddać tym, co mają mniej. I zaczęło się dej, bo mam chorom córkę. Ty masz zdrowe dzieci, więc oddaj mi. Zaczęło się żebranie; zaczęło się oszukiwanie.
Oczywiście, nie drwię z kobiet, które mają prawdziwie chore dzieci i naprawdę ich nie stać. Bo te kobiety to ja osobiście podziwiam. Drwię natomiast z madek, które piszą tak, bo liczą na litość. Mówię o hienach, które żerują na dobrym sercu. Drwię o takich wymianach zdań, w których pojawia się
- dej, bo nie mam tyle pieniędzy a mam dzieci
- też mam dzieci i też potrzebuję tych pieniędzy (na coś tam)
- to weź sp... 

Autentyk? Prowokacja? Widziałam taką rozmowę. Sama przeżyłam podobne sceny: mianowicie, po przeprowadzce wystawiłam czerwony, dziewczęcy tapczan-łóżko, idealny dla dziewczyny. Z ozdobnymi poduszkami, uszanowany, czysty i w ładnym kolorze. Chciałam za niego zawrotną kwotę stu złotych i odbiór osobisty. Jakie wiadomości dostawałam? 
Potrzebuje do córki, bo (wstaw dramatyczną historię). Opuści pani z ceny? Opuściłam o połowę, bo nie zależało mi. I co? Niech mie to jeszcze pani przywiezie. A na odpowiedź, że nie mam jak, bo auto nie te, to że mam choćby pieszo przynieść. Sprzedałam? Oczywiście, że nie. Ilu było takich, co targowało a potem nie przychodziło? Bo to trzeba samemu nosić! A co, miałam rosłemu facetowi nosić? Ja? Potem już chciałam oddać komuś za czekoladę, bo a nóż faktycznie ktoś potrzebuje i te pieniądze to za dużo. Zaczęło mi zależeć bardziej na tym, by się mebla pozbyć. I co?
I w końcu wystawiliśmy go na śmietnik, bo miałam dość. I ktoś wziął, za darmo. Sam sobie przeniósł. Da się? Da. Tylko dlaczego zamiast ze śmietnika a nie jak człowiek, od człowieka?

 bo należy się tylko pełnym rodzinom!

Mie się należy z czasem zaczęło rozszerzać swoje wpływy. Skoro im się należy, to dlaczego innym też się należy? Zaczęło się kalkulowanie, że jak tym i tym się odbierze, to pula będzie większa. A jak pula będzie większa, to i im więcej skapnie. I zaczęło się kombinowanie co zrobić, by mieć więcej. I widziałam propozycję madki, która twierdziła, że 500+ należy się dzieciom z pełnych rodzin, a pełna rodzina to matka, ojciec i dziecko. Dlatego też te pieniądze powinny zostać odebrane samotnym rodzicom! Bo oni rozbijają rodziny i krzywdzą dzieci! 
I oczywiście, argumenty, że to najczęściej ojciec odchodzi i że zostawia matkę z dzieckiem samą nie trafiały. Że właśnie taka rodzina z małymi dochodami potrzebuje tych pieniędzy bardziej od nich. Ale nie, nie należy się i już, bo ona ze swoim Sebką potrzebuje tych pieniędzy na swojego Brajanka. Bo są pełną rodziną! To, że pieniądze idą na rzeczy mniej potrzebne jak bardziej potrzebne, i mniej dla Brajanka już jest kwestią nieistotną. Im się należy! 

Potem czytałam pomysł, by obciążyć podatkiem ludzi, którzy dzieci nie mają. Bezdzietne małżeństwa, kawalerów i panny - ludzi, którzy uprawiają seks z głową, albo rozważnie planują zakładanie rodziny, albo po prostu nie mogą lub nie czują potrzeby posiadania dzieci. Mniejsza o pobudki - ważniejszy jest efekt.
Tak więc ludzie, którzy dzieci nie mają, nie potrzebują dużo pieniędzy. Nie mają prawdziwych i ważnych wydatków, więc powinni płacić na tych, którzy robią przysługę całemu narodowi i się mnożą. Osobiście uważam, że dzieci biorą wzór ze swoich rodziców i jeśli rodzice przez całe życie nie przepracowali ani jednego dnia, to to dziecko też nie przepracuje. Ma wzór rodzica, który wie jak doić państwo, więc je doi. Nie wierzę, że 500+ zmniejszy w przyszłości problem bezrobocia. Owszem, komu te pieniądze miały pomóc, temu pomogły; bo pomogły niejednemu.

I śmiejemy się z madek, śmiejemy się z tego jakie są i co mówią. Nie bierzemy ich na poważnie i zapominamy o jednym, bardzo istotnym fakcie. Za każdą rozkrzyczaną, pełną nienawiści i prawd madką jest matka, w której życiu rozgrywa się dramat. Dlaczego? Ponieważ jest młodą, niedoświadczoną matką; dopiero co urodziła dziecko i jak każda matka, chce dla niego jak jak lepiej. A co robi matka - co robi człowiek? - gdy nie wie co robić w danym momencie? Pyta się osoby bardziej doświadczonej. Pyta na grupach wsparcia; pyta na forach.
I tę młodą matkę spotyka fala nienawiści. Bo jak śmie kupować mleko w proszku? Jest nieodpowiedzialną matką, bo wszczepia w swoje dziecko komórki autyzmu! Jest złą matką, bo sytuacja życiowa zmusza ją do oddania dziecka do żłobka i pójścia do pracy. Jest wyrodną matką, bo nie chce nosić swojego dziecka na rękach za każdym razem gdy to płacze. Jest sadystką, bo upomina, karze i wychowuje dziecko.
Te same matki, mając trudną sytuację życiową, wyciągają rękę w naszą stronę. A my tę rękę odpychamy, bo haha, madka! Tylko chce więcej! Patrzymy na matki potrzebujące z góry, uważając je za takie same zło, jak madki. Nie rozróżniamy ich, bo po co?
Młoda matka, zamiast otrzymać potrzebne wsparcie i radę, zostaje zalana falą nienawiści. Haha, to takie śmieszne, gdy madka z wścieklizną rzuca się na biedną kobietę. Haha, roześlijmy to sobie i popatrzy na gównoburzę. 
Madki i my zapominamy o bardzo istotnym fakcie. Po drugiej stronie łącza jest żywy, czujący człowiek. W tym przypadku: matka. Po prostu matka. Niedoświadczona i zagubiona w sytuacji matka prosząca o pomoc. I dlatego to jest takie, haha, zabawne.

środa, 21 listopada 2018

#196 Z księżniczki w zołzę | Co niszczy twój związek?


Pamiętasz te czasy, gdy spotykaliście się na mieście, szliście do kina, potem do knajpy, a koniec do ciebie lub do niej? Raz w tygodniu, akurat na weekend, by odsapnąć po ciężkim dniu w pracy. Czas mijał, randki trwały, aż w końcu padła propozycja by coś zmienić - by zrobić krok naprzód. Pomyślałeś sobie wówczas: zamieszkać razem? Zajebiście! Będą randki codziennie, oglądanie seriali, seks na zawołanie. Nic tylko brać i korzystać. A potem BUM, i twoja żabka przemieniła się w ropuchę; twoja księżniczka stała się zołzą. 

Powiem ci, czego masz dość.
Masz dość, że cały czas chodzi w dresach i luźnych bluzach.
Masz dość, że jest nieumalowana, albo ma jeszcze wczorajszy makijaż.
Masz dość, że upina swoje piękne włosy w byle-jakie-kucyko-podobne-coś i nie ma już w sobie tego seksapilu jak kiedyś.
Masz dość, że jest wściekła gdy wychodzisz z kumplami na miasto.
Masz dość, że czepia się o pozostawioną w górze deskę; o skarpety leżące na ziemi; o niepozmywane talerze w salonie czy przy komputerze.
Masz dość tego, że stała się taką zołzą.

Z jednej strony ją kochasz i chciałbyś z nią być, bo była wspaniałą kobietą i masz nadzieję, że w środku gdzieś tam dalej nią jest. I oczywiście szkoda ci tego całego czasu, jaki jej poświęciłeś, więc trwasz w tym związku, ale z drugiej strony masz po prostu dość, że non-stop się czepia. Nie wiesz co zrobić by w końcu naprawić związek, który się psuje? Powiem ci, co możesz zrobić. Do-ro-śnij. To, że masz -dzieścia lat na karku, chodzisz do pracy i zarabiasz do siebie, a na dodatek sam potrafisz umówić się do lekarza nie czyni z ciebie dorosłego mężczyzny. Możesz mieć doktorat, możesz zarabiać krocie, ale prawda jest taka, że nie dojrzałeś do dorosłego życia. 

jestem zmęczony

Wiem, że jesteś zmęczony. Gdy mieszkałeś z mamą, to ugotowała ci obiadu, pogłaskała po głowie i powiedziała, byś trochę odsapnął. A twoja dziewczyna bezustannie się czepia i oczekuje, że będziesz jej pomagać. Że pranie powiesić masz, że pozmywasz naczynia, że, O ZGROZO, umyjesz toaletę. I do tego te... niemęskie obowiązki. Co kumple powiedzą jak dowiedzą się, że kompletujesz skarpety?A wiadomo, ty jesteś zmęczony, bo chodzisz do pracy i chcesz trochę od tej pracy odsapnąć. 
A ona? Powiedz mi, chodzi do pracy? Co robi po pracy? Niech zgadnę: jeśli nie robi zakupów do domu, to pewnie już gotuje obiad albo zbiera twoje skarpety z zamiarem włączenia pralki? A może krząta się jak huragan po kuchni, zmywa, ustawia, układa, by po chwili nabrudzić i znów sprzątać? Też jest zmęczona, wierz mi. 

Dlaczego to robi? Bo dorosła do wspólnego życia. Zamiast wyjść na miasto i stołować w drogich knajpach, woli to odłożyć na wasze potrzeby, wspólne wakacje albo na czarną godzinę.  Woli sama nauczyć się przepisów na twoje ulubione sushi, schabowego czy pizzę. Sprząta, bo pewnie tego ją nauczyła mama i sama czuje wewnętrzną potrzebę by mieć choć namiastkę porządku. Chce udowodnić sobie, tobie i swojej mamie, że jest wystarczająco dorosła, by móc prowadzić dom. I jest jeszcze coś, o czym powinieneś wiedzieć. 
Samica homo-sapiens w ten sposób przygotowuje się do założenia rodziny. Ocenia swoje możliwości jako kucharki, sprzątaczki, swoje zdolności do poświęceń i nader wszystko ocenia to, jakie ma w tobie wsparcie. Dlatego robi wszystko teraz, a nie odkłada na później. 

Myślałeś by zostawić ją, bo przemieniła się z żabki w ropuchę? Mam dla ciebie złą wiadomość: prędzej czy później to ona zostawi ciebie. Nie dlatego że cię kocha, albo że jest zołzą łasą na klawe życie. Zostawi cię, bo chce mieć z tobą dzieci; a nie mieć dzieci i jeszcze jedno duże, do tego nieporadne życiowo dziecko swojej teściowej. A uciekając od obowiązku tylko udowadniasz, że mam rację. Jeśli chcesz coś zmienić by było lepiej, zacznij od siebie. 

I naszła mnie taka refleksja na sam koniec: jak to jest możliwe, że pokolenia naszych dziadków potrafiły wiązać się na całe życie i to całe życie spędzić wspólnie, z uśmiechem, choć nie było łatwo? Wydaje mi się, że właśnie dlatego: że byli dla siebie wsparciem na dobre i na złe; że byli nauczeni pracy i wspierania się, niezależnie od zmęczenia. Bo wiedzieli, że to trzeba zrobić. Nie dla siebie, ale dla innych. Dla partnera, dla dzieci, dla rodziców czy dziadków. U nich nie było jestem zmęczony. U nich było jesteśmy zmęczeni, ale damy radę

A teraz naprawdę na koniec taka moja mała rada od serca: związek to wspólna podróż przez życie. Nieważne czy jedziecie, lecicie, płyniecie czy idziecie. Nie dotrzecie nigdzie, jeśli każde z was będzie chciało obrać inną drogę. 

____________________________________________

Tekst mocno stronniczy, stworzony w założeniu, że dziewczyna w związku jest odpowiedzialną i dorosłą kobietą, która pracuje i zajmuje się domem. Tekst nie porusza skrajnych przypadków, ale próbuje znaleźć wspólny pion dla problemów większej grupy par i wskazuje na potencjalne rozwiązanie. Branie go zbyt dosłownie i do siebie grozi tobie i osobom w twoim otoczeniu. 
Nie wierzę, że musiałam to napisać... 


czwartek, 16 lutego 2017

#195 Czy warto sprawdzać wierność partnera?


Jeśli choć raz przebiegła po głowie myśl, jakby wyglądał wynik testu „wierności” - jest to ciekawość. Jednakże jeśli choć raz pomyślałeś lub pomyślałaś o sprawdzeniu telefonu ukochanego, albo o takim teście sprawdzającym wierność - zastanawiałeś/aś się kto by podjął się tego zadania, kto by się do tego nadał i jakbyś zareagował/a na to, że jednak się skusił - ten tekst jest właśnie dla Ciebie. 

czym jest zdrada?  

To chyba najważniejsze pytanie od którego powinien się zaczynać każdy tekst poruszający temat wierności. Czym jest zdrada? Dla jednych jest to pójście do łóżka z inną osobą niż partner; dla drugich jest to bliskość duchowa (bez kontaktu fizycznego), w której ktoś inny wskakuje na miejsce partnera. Dla jeszcze innych to pocałunek, czy - jak to nie raz przewija się przez internet - „lodzik”. W końcu zdradza się tylko seksualnie, a „lodzik” to nie jest kontakt fizyczny. 
Zdrada, mówiąc pokrótce, to przekroczenie pewnej granicy kontaktu z osobą trzecią - kontaktu fizycznego lub duchowego. Efektem przekroczenia takowej granicy jest cierpienie osoby drugiej, bo - pozwolę sobie na ten pleonazm - czuje się zdradzona. Oszukana. Osoba druga czuje, że jej zaufanie zostało pokrzywdzone; że zawierzyła w „nie zrobi tego”, a okazuje się, że jednak to zrobił/a. Dlatego ważnym na początku, jeszcze przed stworzeniem bliskiej relacji, jest określenie stanowiska „czym jest zdrada”. Może to być szczera rozmowa, może to być wyczytane między wierszami. Choć z drugiej strony ciężko rozmawiać z kimś o zdradach, zwłaszcza gdy nie jest się jeszcze w bliższej relacji z tą osobą. Dlatego też większość z nas kieruje się instynktem, czyli czytaniem między wierszami.

kiedy zaczynamy podejrzewać zdradę? 

Niektórzy z nas są tak ślepo zakochani, tak ufni i bezbronni w swej wierze w „wierność”, że egzystencję nie dotknęła nawet myśl: „a może te późne godziny w pracy to jednak nie nadgodziny”. Może to mieć przyczyny dwie: naiwność lub wiarę w partnera, przy czym jedno drugiego nie wyklucza. Czy to znaczy, że to zła postawa? Absolutnie! Jeśli komuś nawet przez myśl nie przemknęło, że partner może zdradzać, to znaczy że: a) nie zdradza; b) nie ma powodu do obaw; c) zna się drugą osobę lepiej niż dobrze. I w tym miejscu załóżmy, że nadgodziny to faktycznie nadgodziny, i że osoba wierząca w nadgodziny jest po prostu w zdrowym, szczęśliwym związku. 
Ale, co jeśli u kogoś pojawi się wyżej wspomniana myśl? 

Tego typu „spostrzeżenia” czy „wątpliwości” nie rodzą się same w naszych głowach. To nie jest samosiewna roślina; ją trzeba zasadzić. O ironio, bardzo często zostaje zasadzona przez naszego partnera i to całkowicie przypadkiem. Wystarczy jedno, malutkie kłamstewko - nic więcej. Znasz ten bardzo prosty scenariusz: „Hej kochanie, co robisz?” „A, siedzę w domu i chyba pójdę spać”, „Aha, bo widziałem cię przed chwilą na mieście”? A może inny! „Kochanie, kim jest ta osoba z którą tak piszesz?”, „A to, kolega z uczelni w sprawie notatek” i okazuje się,  że kolega ma na imię Grażyna. Scenariuszy jest na pęczki, ale zawsze będą mieć jeden wspólny mianownik: będą to kłamstewka dotyczące osoby trzeciej. Z kim piszemy, z kim wychodzimy, kim on/ona jest.  
Kiedy kłamstewko o „koledze z pracy” imieniem Grażyna pojawi się raz, wiedz, ze wyrażenie „kolega z pracy” za każdym kolejnym razem będzie budziło coraz to większą nieufność. Proste przykłady: „z kim rozmawiałeś?”, „z kim jadłeś lunch”, „kto dzwonił” i „gdzie wychodzisz”. Do każdego pytania dodaj odpowiedź „kolega z pracy” w połączeniu z cichym szeptem „Grażyna”. Voila, w ten sposób rodzi się kobieca paranoja! Paranoja, o którą nie raz ktoś kiedyś będzie robił memy i awantury, żaląc się na internetowych forach jakie to „baby są pieprznięte”. I nie ma się co śmiać! Odwróć rolę i zamiast Grażyny, będzie koleżanka o imieniu Tomek. Przejdź przez ten scenariusz jeszcze raz i zrozum, że męskie fochy mają ten sam mechanizm działania. 

kiedy podejrzewamy zdradę? 

Różnica między tym punktem, a poprzednim skupia się na prostym wyrażeniu: zaczynamy. Tam pisałam o tym, jak zaczyna się podejrzewanie; pisałam o ziarnie wątpliwości, które ktoś zasieje. Może partner, może koleżanka/kumpel. W tym punkcie to już nieważne: w tym punkcie podejrzewamy zdradę. Nie jest to cichy szept z tyłu głowy, gryzący nas od środka i przypominający o sobie od czasu do czasu. Teraz to głos, który każe zerknąć na telefon gdy ten zawibruje; każde wstrzymać oddech by podsłuchać choć fragment rozmowy; każe podpytać najlepszego kumpla/koleżankę o rzekomo wspólny wypad. Tutaj już poszukujemy dowodów. Czegoś, co powie: „stary/a, puknij się w czoło z takimi oskarżeniami” albo „o stary/a, masz przerąbane”. I tutaj zaczyna się sprawdzanie: śledzenie, czytanie wiadomości, przeglądanie rzeczy. Próba doszukania się szczegółów, które zdradziłyby większy fragment. 

czy warto sprawdzać? 

To drugie najważniejsze pytanie, które powinno się pojawiać w artykułach o zdradach. Czy warto? 

Sprawdzasz - telefon, wiadomości, szukasz go/ją czasami po ulubionych knajpach czy kawiarniach. Patrzysz w oczy gdy mówi „wychodzę” i zastanawiasz się z kim, gdzie i  czy aby na pewno nie kłamie. Sprawdzasz, bo nie wierzysz. Nie ufasz, a skoro nie ufasz, to dlaczego z nim/z nią jesteś? Nim zbiegną się obrońcy z okrzykami: bo to związki, bo to tyle wkładu własnego, bo nie można zaprzepaszczać związku samymi podejrzeniami o zdradę; powiem dość krótko. 
Jeśli ten związek byłby warty walki; gdyby partner byłby godzien zaufania, porozmawiałbyś/abyś z nim/nią o swoich podejrzeniach i obawach. I są dwie możliwości: albo porozmawiałeś/aś i nadal masz wątpliwości, ergo, nadal nie ufasz, albo nie porozmawiałeś, bo się boisz reakcji partnera na takie podejrzenie, boisz się że się przyzna, albo po prostu i tak wiesz, że nie uwierzysz na słowo. Tutaj jest martwe koło „braku zaufania”. I to właśnie przez to błędne koło będzie się pojawiało sprawdzanie.  I nim przejdę dalej, pozwolę sobie zacytować tutaj dłuższy fragment nieco innego artykułu: Jak to jest być dziewczyną na deser:
Przez cały czas będzie cię gryzł ten głosik w głowie [...] Będzie cię to stopniowo podtruwać; może nie od razu, [...] To trochę jak ze zdradą. Jeśli zdradził/a raz, będzie to robić zawsze. Jeśli nie w życiu codziennym, nie z innymi ludźmi, to za każdym razem w twojej głowie. Nie pozbędziesz się tego głosiku, choćbyś się starała. W końcu wewnętrzna frustracja, złość i pretensja zacznie rosnąć. Bo starałaś się tyle czasu, jesteś zmęczona bezustannym staraniem się, a świadomość, że jesteś na chwilę przyczyni się do stopniowego upadku. [...] I ta świadomość oraz ten głos w twojej głowie nie opuści cię nawet na chwilę. Będzie regularnie przypominał o swojej obecności; o cenie, jaką zapłaciłaś. O przepłakanych nocach, o zranionych uczuciach gdy widywałaś go z innymi. O urażonej dumie, gdy bez ogródek przyrównywał cię do innych, albo z innymi mylił. TO nie zniknie. Będzie z tobą już na zawsze, gdzieś w głowie, jak echo powracających doświadczeń. I oto jest gorzki smak pyrrusowego zwycięstwa, twojego zwycięstwa
Gdy zaczynasz podejrzewać, to pół biedy. Jednak gdy zaczynasz sprawdzać, pokazujesz to, jak bardzo nie ufasz, a związek bez zaufania wykończy Cię tak, jak piszę o tym w powyższym fragmencie. Będzie to cichy głosik, który nie da się spokojnie wyspać; nie da się skupić na pracy. Nie pozwoli na nic. Będzie tylko szeptać i szeptać, aż w końcu będziesz tym tak zmęczony/a, że poddasz się. Po prostu.

Jak sprawdzasz, to nie ufasz. Możesz kochać bez zaufania, ale jak daleko na tym zajdziesz



Po słowie: nie namawiam w ten sposób do rozstań. Warto walczyć o związki, jednak nie może o związek walczyć tylko jedna strona. Jeśli pojawia się chociaż cień wątpliwości, trzeba rzucić na to światło i nie może to zrobić tylko jedna osoba. Bo sprawdzanie, to naruszanie zaufania drugiej połówki; a ta zacznie mieć coraz więcej tajemnic. Czy warto sprawdzać? Nie warto. Jeśli szukasz pretekstu by odejść - nie potrzebujesz go. Jesteś dorosłym człowiekiem, sam podejmujesz decyzję. Jeśli chcesz uratować związek - rozmawiaj, rozwiązuj i ufaj, ale też nie kłam i nie sadź nasion, których owoc będzie gorzko smakować. 

Autopromocja

Reklamuję, bo mogę.


  • Autopromocja

    Prezentuję dwanaście artykułów, z których jestem najbardziej dumna:

  • Czy istnieje przepis na szczęście? || LINK
  • Opowiem o butach, które odmieniły moje życie || LINK
  • Opowiem ci bajkę jak zaczęłam gardzić ludźmi... || LINK
  • Każde wytłumaczenie jest dobre na gwałt || LINK
  • Przyjaciółka przyznała się, że szuka dziewczyny || LINK
  • Chcesz być roszczeniową kurewką? || LINK
  • JA wiem lepiej. || LINK
  • Motto:

    Posiadanie własnego zdania jest najkrótszą drogą do posiadania zwolenników.

    I wrogów.

  • LINK || Ja, Feministka.

  • LINK || Kobiety wrogiem feminizmu

  • LINK || Kobiety które nienawidzą kobiet

  • LINK || 133 feminizmu

  • LINK || Kobieta - nie do końca słaba płeć

  • LINK || Praca w toku.... - link nie działa

Współpraca


Adres e-mail

kontakt@narzecze.pl